Jak pomóc synowi

 

W naszych warunkach kulturowych inicjacja jest bardziej procesem niż jednostkowym wydarzeniem, co dodatkowo podkreśla odpowiedzialność ojca za wychowanie syna. Optymalny proces pomagania synowi w przeistaczaniu się w mężczyznę można umownie podzielić na trzy fazy. Pierwszy etap to nasza obecność w okolicach kołyski w początkowych latach jego życia. Jak już wiemy, stwarza to nowonarodzonemu chłopcu nadzieję, że wyjdzie kiedyś ze świata matki. Daje okazję do czerpania pierwszych wzorów i przeżywania pierwszych satysfakcji z kontaktu z nami, mimo że zostawiamy go matce, bo nie mamy maleństwu zbyt wiele do zaoferowania. Ale przez sam fakt, że nie opuszczamy syna fizycznie i emocjonalnie, poświęcamy mu czas i uwagę, dajemy świadectwo temu, że jest dla nas ważny. (...)


Następny etap zaczyna się od momentu, w którym chłopiec wychodzi spod skrzydeł matki i przechodzi pod opiekę ojca. To odpowiednik starodawnych postrzyżyn. Ojciec naprawdę bierze odpowiedzialność za dalsze wychowywanie syna. W dawnych dobrych czasach postrzyżyny miały miejsce około szóstego roku życia. Bardzo wcześnie, jak na współczesne obyczaje i przyzwyczajenia. Ale to dobry moment. Chłopiec idzie do zerówki, potem do pierwszej klasy. Wyrusza w skomplikowany świat szkoły i bardzo jesteśmy mu potrzebni. Niestety, moment pójścia syna do szkoły nie jest przez nas na ogół zauważany. Wszystko toczy się dalej - jak zwykle. Syn pozostaje pod opieką matki, a my nie zdajemy sobie sprawy, że minęła połowa tego czasu, w którym możemy mieć wpływ na wychowanie naszego dziecka. Zostało nam 7-8 lat na to, żeby się z synem spotkać, nauczyć go świata, dać mu odczuć, że może być ważny dla najważniejszego mężczyzny w jego życiu. W przeszłości zainteresowanie ojca synem wiązało się z koniecznością przekazywania mu dorobku życia, fachu i warsztatu pracy. Ojciec musiał syna wiele nauczyć, żeby to, czego dokonał, nie zmarnowało się. Musiał poświęcić mu wiele czasu, uwagi i wysiłku. Wysiłek wychowania i edukacji, jaki ojciec podejmował wobec syna, był jednocześnie wyrazem odpowiedzialności za rodzinę. Ojcu zależało na tym, aby jego rolę przejął odpowiedzialny, przygotowany do tego mężczyzna. W czasach, gdy państwo nie zdejmowało dzieciom z barków opieki nad seniorami, musiały być one przygotowane do tego, żeby dawać wsparcie starym rodzicom. Sytuacja zewnętrzna, w jakiej wówczas funkcjonowała rodzina, czyniła z niej autonomiczny organizm: solidarny, spójny i odporny, zdolny do przetrwania we wrogim, nieprzychylnym otoczeniu. To pozytywnie oddziaływało na związki ojca z synem (z pewnością również matki z córką). Stwarzało konieczność dokonywania przekazu męskości z ojca na syna. Współcześnie zanika gatunek ojców - postaci w pełni autonomicznych i niezależnych - którzy potrafią wybudować dom, polować, hodować, uprawiać, naprawiać, bronić, uczyć, śpiewać i tańczyć, a w dodatku doceniać syna. Dotyczy to przede wszystkim dominującej w naszych czasach kultury miejskiej. Urbanizacja i industrializacja, opiekuńcza funkcja państwa, to wszystko, co jest dorobkiem naszych czasów, radykalnie zmienia tradycyjny model rodziny, jej strukturę i sens istnienia. Istnienie i trwanie rodziny w coraz większym stopniu opiera się na jej oddziaływaniu psychologicznym i emocjonalnym. Trwałość rodziny nie jest już wymuszana, a też w coraz mniejszym stopniu wspierana przez okoliczności zewnętrzne, choćby takie jak zagrożenie fizyczne czy ekonomiczne. Jej przetrwanie zależy coraz bardziej od siły emocjonalnej i duchowej więzi łączącej tych, którzy ją tworzą.


W tradycyjnym sensie ojciec staje się coraz mniej potrzebny. Nie musi już budować, hodować, bronić. Coraz częściej nie musi nawet zarabiać, bo żona zarabia tyle samo albo więcej. Ojcostwo i rodzina stają przed zupełnie nowymi wyzwaniami. Ciężar sprawy przenosi się ze sfery materialnej i z obszaru konieczności w obszar uczuć, więzi i odpowiedzialności. Spoiwem rodziny nie jest już konieczność zapewnienia jej członkom fizycznego przetrwania. W coraz mniejszym stopniu jest też nim potrzeba budowania znaczenia, mocy i prestiżu. W naszych czasach rodzina nabiera ogromnego znaczenia jako niezastąpione środowisko rozwijające i kultywujące przymioty serca, w szczególności zdolność do kochania i dawania, do dobrowolnego poświęcenia, współczucia i troski o innych. Wygląda na to, że w tym właśnie ojcostwo powinno się obecnie realizować i wyrażać, w tym współczesny ojciec powinien być dobry. Myślę, że rozwiązaniem, po które wielu z nas, ojców, może sięgać, jest budowanie z synami wspólnych obszarów zainteresowań i wykorzystywanie czasu wolnego do tego, aby - choć w pewnej mierze - dokonywał się proces przekazu z ojca na syna. Synowie bardzo potrzebują być z nami na wyprawie, w odosobnieniu, w trudnych warunkach, gdzieś, gdzie trzeba się sprawdzić, dobrze się porozumiewać i liczyć na siebie nawzajem. Bardzo potrzebują być z nami w domu, gdy matka pracuje, wypoczywa albo zwiedza świat. Potrzebują doświadczać męskiej samodzielności, radzenia sobie bez mamy, a także dowiadywać się tego, ze matka nie jest wyłącznie od siedzenia w domu i opiekowania się mężczyznami, ze ma w świecie do załatwienia swoje ważne sprawy.


Ale jak ci z nas, którzy sami nie mieli takiego ojca, mają poczuć taką potrzebę. Dobrze jest szukać okazji, które pomogłyby nam odnaleźć w sobie tęsknotę za tym, co nas samych nie spotkało. Jeśli tę tęsknotę w sobie znajdziemy, to będziemy wiedzieli, ze nasze dzieci tęsknią za tym samym. W trudnej sytuacji są ci z nas, którzy są bardzo zapracowani - a takich jest na pewno większość Musimy zdobyć się wtedy na pokonanie w sobie zmęczenia i niechęci do kontaktu z kimkolwiek, nawet z własnymi dziećmi, na pokonanie nieprzepartej potrzeby zalegania przed telewizorem czy przeglądania gazety, i uchronić te bezcenne godziny, które zostają w życiu, aby coś zrobić z dziećmi. Dać im poczucie, ze są na tyle ważne, iż jesteśmy gotowi z czegoś dla nich zrezygnować. Wtedy ten czas zawsze się wypełni, coś się wydarzy, pojawi się okazja, żebyśmy się pokazali dzieciom od nieznanej im strony i czegoś je nauczyli.


Tworzenie okazji do prawdziwych doświadczeń jest bardzo ważne w drugiej fazie dorastania syna, w okresie 7-14 lat. Możliwości istotnego, psychicznego oddziaływania na syna kończą się nieodwołalnie w 16-17 loku życia. Zostało nam siedem lat. To mało, szczególnie jeśli wcześniej poświęciliśmy mu niewiele czasu i uwagi. Mało, zęby naprawdę być z dzieckiem, stawać się dla niego pozytywnym wzorcem przynajmniej w jakimś wybranym obszarze życia. Na ogół syn widzi nas, gdy przychodzimy z pracy wymęczeni i rzucamy na stół pieniądze. Dla syna nie ma takich pieniędzy, które by mu wynagrodziły naszą nieobecność. Lepiej się pozbyć co do tego wszelkich złudzeń. Deficyt pozytywnych wzorców sprawia, ze jako ojcowie jesteśmy często bezradni w proponowaniu synom czegoś innego niż zarabianie, a potem kupowanie. Trudno nam znaleźć jakąś inną niż pieniądze i pozycja formę wyrazu dla naszej ojcowskiej mocy i autorytetu Najłatwiej jest nam pokazać synowi, na co nas stać, poprzez wydawanie pieniędzy.


Inny, jeszcze bardziej niebezpieczny, pieniący się z szybkością chwastu, jest wzór mężczyzny, pozbawionego przymiotów serca i zdolności do refleksji, takiego, który zachowuje się nieobliczalnie i z łatwością zabija. Nie potrafi nikogo pokochać ani uznać, ze ktoś albo coś może być ważniejsze niż on sam. Jego życie emocjonalne zostało całkowicie zawładnięte przez pojawiające się na przemian gniew i apatię. Nie mylmy go z dobrym kowbojem z klasycznego westernu, który tez potrafił strzelać i zabijać, kiedy trzeba było, ale nie robił tego dla pieniędzy, sławy czy przyjemności. Jeśli zabijał, czynił to niechętnie i tylko w imię wyższych wartości lub mniejszego zła.
Odpowiedzialność za poszukiwanie alternatywy spada na barki każdego mężczyzny, który wchodzi w dorosłe życie. Każdy z nas na własną rękę musi szukać okazji i sposobów na zdobycie - przynajmniej we własnych oczach - pieczęci męskości, której istota przekraczałaby zarówno stereotypy kultury masowej, jak i nasze psychologiczne dziedzictwo. Jeśli nam się to choć trochę uda, będzie łatwiej wziąć odpowiedzialność za dorastającego syna.


Często dopiero gdy syn ma 15-16 lat i jest juz strzałą wystrzeloną z łuku, zaczynamy się nim naprawdę interesować. Na ogół wyłącznie z tego powodu, ze sprawia kłopoty. Pozbawiony do tej pory kontaktu z ojcem, chce zacząć radzić sobie z życiem, odseparować się od matki, wyjść z domu. Szuka swoich wzorców, szuka wsparcia i zdarza się, ze angażuje się przy okazji w ryzykowne, czasami niedobre, sytuacje. Zaalarmowani, wkraczamy po raz pierwszy w życie syna, ale wkraczamy za późno. Na ogól więcej psujemy niż naprawiamy. Nie byłoby za późno, gdyby dwie wcześniejsze fazy procesu towarzyszenia synowi w jego dążeniu do męskości miały właściwy przebieg. Teraz jest trudno, bo trzecia faza tego procesu opiera się na zaufaniu i szacunku. To mało popularny i mało znany pogląd, ze syna w wieku 15-16 lat należy obdarzać szacunkiem i zaufaniem. Nie możemy go już wychowywać tak jak dotąd. Nie jest już dzieckiem, więc stosowanie nakazów i kar odbiera jako upokorzenie. Może to skończyć się ostrą walką i albo syn zostanie z przetrąconym kręgosłupem na resztę życia, albo da nam szkołę na zasadzie: „Skoro nie potrafiłeś mnie kochać i nie miałeś dla mnie czasu, teraz będziesz się o mnie martwił." Ta strategia jest bardzo trudna do przełamania i może eskalować w nieskończoność. Nie ma wyjścia. Musimy zdobyć się na budowanie partnerstwa ze swoim synem. Jeśli w porę tego nie zrobimy, na zawsze stracimy tę szansę. Gdy syn znika w swoim środowisku, to znaczy, że wyczerpały się możliwości wpływania na jego losy poprzez spędzanie z nim czasu.


Od tego momentu w jeden tylko sposób możemy wychowywać syna - przykładem własnym i przykładem swego życia. Wcześniej pomagał nam lęk syna przed ojcowskim autorytetem i związany z tym kredyt zaufania, umożliwiający praktykowanie na synu naszych metod wychowawczych.


Gdy chłopak ma 15-16 lat, przestajemy mieć mandat na wychowywanie go. Po raz pierwszy zdajemy egzamin przed naszym synem, krytycznie przyglądającym się temu, na ile nasze życie i my sami spełniamy swoje wychowawcze i światopoglądowe postulaty. Gra się skończyła. Jak w pokerze, musimy pokazać, co mamy w kartach i jak dalece blefowaliśmy. Idzie o wielką stawkę. Albo pokażemy klasę i wyjdziemy z twarzą, zachowując synowską miłość i szacunek, albo go ostatecznie rozczarujemy. Wtedy po latach możemy najwyżej liczyć na współczucie.


Pewien ojciec odszedł od syna i jego matki, gdy ten miał zaledwie rok. Pojawił się z powrotem po kilkunastu latach ciężkiej pracy nad sobą, skruszony, ale i bardzo zadowolony, że zdobył się na taki krok. Chciał odegrać jeszcze pozytywną rolę w życiu syna. W głębi duszy oczekiwał ze strony rodziny wyrazów uznania i wdzięczności, a przynajmniej miał nadzieję, że się ucieszą. Trudno mu więc było pogodzić się z tym, że jego powrót w nikim nie wzbudził specjalnego entuzjazmu, szczególnie w synu, który od lat nosił w sercu żal i gniew do ojca. Po jego powrocie wyrażał je oporem i biernością, zaniedbaniami, niechęcią do nauki, do robienia czegokolwiek. Wszystko było w nim na „nie". Sfrustrowany ojciec robił, co mógł, aż w końcu, kierowany poczuciem winy, pomieszanym z bezradnością, obiecał synowi, że wyjedzie z nim na wakacje za granicę. Oczywiście pod warunkiem, że poprawi się on w nauce i spełni różne inne wymogi. Kiedy przyszedł czas płacenia za wycieczkę, zaszokowany ojciec stwierdził, że syn buchnął mu sporą część pieniędzy na ten cel przeznaczonych. Zły i rozżalony poszedł poradzić się swojego przyjaciela, co z tym zrobić. Zaniepokojony demoralizacją syna, chciał się dowiedzieć, jakie represje i kary zastosować, żeby skutecznie wyprowadzić dziecko na dobrą drogę. Ku jego zaskoczeniu przyjaciel po krótkim namyśle powiedział: „Zaproś syna na obiad do dobrej restauracji. Gdy już zjecie i wypijecie, popatrz mu w oczy i zapytaj: «Synu, ile jeszcze jestem ci winien?» A potem zabierz go na obiecaną wycieczkę." Podobno ojciec znalazł w sobie siłę, żeby postąpić, jak mu doradzono. Syn, zaskoczony i zbudowany klasą ojca, odpowiedział: „Jesteśmy kwita. Ty mi ukradłeś dzieciństwo z ojcem, ja tobie forsę." „No to jedziemy na wakacje", powiedział ojciec. I obaj ze łzami w oczach padli sobie w ramiona.


Odsłonięcie prawdy o sobie, przedstawienie się synowi w sposób szczery i otwarty, jest bardzo trudnym, ale jakże ważnym wyrazem naszej więzi z nim, naszego szacunku i zaufania. Uderzmy się w piersi. Nie udawajmy, że wiemy, jeśli nie wiemy, tylko przyznajmy, że szukamy. Przyznajmy się do swego bólu, tęsknoty i wątpliwości - nie tylko przed synem, ale i przed sobą.


Wojciech Eichelberger: Zdradzony przez ojca; Wydawnictwo DO, 1998, str. 25-28