Zdradzony przez ojca

 

O ojcu, który nie dał rady

Tak trudno docenić czas, który spędzamy z naszym dzieckiem, jeśli zostaliśmy zdradzeni przez ojca. Nosząc głęboko w sercu przekonanie, że nie zasłużyliśmy na miłość własnego ojca, a może też i matki, całe życie staramy się odnieść jakiś sukces, zdobyć reputację, która będzie budzić przynajmniej uznanie, jeśli nie podziw. Przebywanie z trzy-, cztero czy pięcioletnim synkiem w jego pokoju, wspólna zabawa klockami albo układankami, to, z tego punktu widzenia, czas stracony.
Dlatego w pierwszych latach życia syna nieświadomie zdradzamy go, poświęcając całą uwagę budowaniu swojej pozycji zawodowej i społecznej oraz tworzeniu w miarę niekłopotliwej relacji z jego matką.


Czasem dostrzegamy, że związek z synem stanowi szansę na to, aby w naszym życiu pojawił się w końcu mężczyzna, dla którego będziemy najważniejsi i który będzie nas podziwiał. Pokusa uczynienia syna naszym wielbicielem bywa wielka. Myli nam się to z miłością do niego. Jesteśmy przekonani, że bardzo dużo dla niego robimy, ale nie zdajemy sobie sprawy, że chodzi nam wyłącznie o to, aby go do siebie przywiązać.


Nawet, jeśli nam się to uda, to i tak - prędzej czy później - syn przepoczwarzy się z wielbiciela w zażartego krytyka, a czasami wręcz wroga. To jeszcze nie tak źle. Gorzej jest, gdy po drodze przetrącimy mu moralny kręgosłup tak mocno, że przez resztę życia nie zdoła się wyprostować i pozostanie beznadziejnie wpatrzony we wspaniałego, nieosiągalnego ojca. Jeśli jednak mimo wszystko się zbuntuje, wtedy z kolei obrazimy się na niego i odrzucimy go ostatecznie. Ujawni się prawda o naszym związku z synem. Nie potrafiliśmy go kochać. Był nam tylko potrzebny. Syn często zaczyna zachowywać się według scenariusza „na złość ojcu odmrożę sobie uszy", czyli budować swoją tożsamość na zasadzie negacji ojca, negacji naszego pomysłu na jego życie. Kończy się tym, że dryfuje w kierunku grup antysocjalnych, kibiców, gangów czy innych grup rówieśniczych, przy pomocy, których próbuje stworzyć sobie substytut prawdziwego obcowania z ojcem. Chce doświadczyć nigdy wcześniej nie zaznanego poczucia wzajemnego wsparcia, lojalności, jasnych wymagań, norm i wspólnoty, dowiedzieć się, ile jest wart.


Zdradzany syn, którego ojciec jest tak zwanym porządnym facetem i cieszy się ogólnym szacunkiem, ma w życiu trudniej niż syn łobuza czy pijaka. Często słyszy komentarz: „taki dobry ojciec, a takiego ma syna". Łatwo jednak zrozumieć, że syn musi przeciwstawić się ojcu, który go zawiódł. Aby zbudować swoją odrębną tożsamość, musi stać się zupełnie kimś innym niż ojciec, a ścieżka społecznej poprawności odpada, ponieważ ojciec nią idzie. Podobnie synowie ojców pijaków, łobuzów, bijących żony, zachowujących się skandalicznie, często ratują swoją tożsamość, idąc - tym razem na szczęście - w zupełnie inną stronę niż ich ojcowie. Pracują nad sobą, dojrzewają, aktywnie poszukują pozytywnych wzorców. Można powiedzieć, że społecznie wychodzą bardziej na swoje niż synowie poprawnych tatusiów.


Oczywiście, nie wszystkim udaje się przeciwstawić ojcu. Jeśli ich wola i poczucie ludzkiej godności zostały złamane, to ani ci pierwsi, ani ci drudzy nie są w stanie zbudować swojej niezależnej tożsamości. Synowie pijaków zostają pijakami, a synowie poprawnych pracoholików zostają poprawnymi pracoholikami. Jedni i drudzy mają skłonność do poddawania się zewnętrznym wpływom, podporządkowywania się pseudo autorytetom, oddawania się ideologiom i doktrynom. Brak wewnętrznej struktury i wewnętrznego poczucia wartości sprawia, że muszą szukać kogoś, kto im powie, jak żyć. Robert Bly w swojej książce „Żelazny Jan" zwraca uwagę, że 200 lat temu, czyli na początku ery industrialnej, zaczął się na skalę masową proces, który nazywamy tu zdradzaniem synów przez ojców. Nie wynikało to - jak się zdaje - z dziedziczonych deficytów ani ograniczeń. Zostało wymuszone sytuacją ekonomiczną i nową organizacją pracy. Ojcowie pracowali w ogromnych fabrykach, wykonywali pracę dziwną, często poniżającą. Bywało, że wkręcali trzy śrubki w drzwi samochodu przez całe swoje zawodowe życie. Nie mieli, czym pochwalić się synom, w dodatku pracowali przez całe dnie i noce. Synowie stracili kontakt z ojcami, z tym, jak pracują i jak żyją mężczyźni, z tym, co mężczyźni powinni wiedzieć i potrafić. Zostaliśmy rzuceni w objęcia osamotnionych, przepracowanych matek, które musiały przejąć cały trud wychowywania dzieci.

W efekcie większość z nas ma nadmiernie rozbudowany wewnętrzny aspekt kobiecy. Nie byłaby to wielka szkoda, gdyby nie fakt, że z reguły doświadczamy bardzo trudnego wymiaru kobiecości: przemęczonej, zniecierpliwionej, nie kontrolującej swoich emocji matki albo matki nadmiernie opiekuńczej, uległej i bezradnej. Z jednej strony, jako dorastający mężczyźni, zostajemy pozbawieni archetypowego wzoru męskiego, z drugiej doświadczamy nadmiaru negatywnej strony kobiecości. Te dwa składniki naszej wewnętrznej konstrukcji decydują o tym, że tak trudno nam być z kobietami. Długoletni kontakt z matką nauczył nas wprawdzie być z nimi, ale w szczególny sposób. Znosić je, tolerować, unikać, radzić sobie. W kontakcie z matką nie nauczyliśmy się budowania dobrych, ciekawych i głębokich związków. Znacznie częściej, zamiast szkoły budowania i tworzenia, przechodziliśmy szkołę przetrwania. Potem trudno nam wzbogacać, twórczo rozwijać i wzmacniać nasze partnerskie relacje. Potrafimy albo opiekować się kobietami, albo od nich uciekać. Albo oddawać się w opiekę, albo gardzić i wywyższać się. Budowanie partnerskiego związku z kobietą jest dla nas bardzo trudne. Tym trudniejsze, że często tak mało wsparcia w tej sprawie otrzymujemy z drugiej strony.

Wojciech Eichelberger: Zdradzony przez ojca; Wydawnictwo DO, 1998, str. 6-7

 

 

Zobacz też:

 

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

This is a captcha-picture. It is used to prevent mass-access by robots. (see: www.captcha.net)
Przepisz kod z obrazka:
Twoje imię:
Komentarz: